Strona:PL Jan Sten - Jeden miesiąc życia.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nic nie pamiętasz... Nie znałem cię jeszcze wtedy. Przyszłaś sama z jakąś ciotką, jakgdybyś panną była. Miałaś na sobie taką bladą, bladoróżową suknię jak najranniejszy świt i fiołki we włosach. I tyle woni fiołków w koło ciebie. Ach, ty kwiecie! [obejmuje ją wpół i przytula do siebie].
ZOFIA [bezdźwięcznie]. To było tak dawno, tak dawno.
KARSKI [odsuwa ją od siebie, porywczo]. Żal ci tego?
ZOFIA [pieszczotliwie]. Mnie żal, mnie? Czem ja byłam? Ot dzieckiem, które chodziło z balu na bal, śmiało się, tańcowało, i prawie nie wiedziało, że jest nikomu niepotrzebne, że nic nie kocha. Wiesz ja dawniej naprawdę myślałam, że ja jego... Dopieroś ty przyszedł. Jakiś ty był smutny; ciebie jednego mi tak żal było. [chwyta go za rękę].
KARSKI [jakgdyby nie do Zofii mówiąc]. Byłem smutny? Nie, to nie jest smutek, co się w duszach naszych lęgnie. To coś gorszego, coś czarniejszego. Takie znużenie straszne, które wygryza wreszcie i ból, i tęsknotę i pożądanie, i nie pozostawia nic, na czem oprzeć by się można. I ta pogarda, ta żrąca, uśmiechnięta pogarda dla ludzi, dla siebie, dla każdej myśli mojej, dla każdego tchnienia mego. Takie obrzydzenie do siebie, do ciała i duszy, że bło-