Strona:PL Jan Lemański Prawo mężczyzny.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
— 62 —

niecznie skrzypcami. Czyżby kochanie się w „jednej“ było gramatycznym błędem u nas w Polsce? Czy też może nasza „jedna“ nie chce poprzestawać na naszym „jednym“? Dosyć, że nie mówi się u nas „skrzypca“, tylko „skrzypce“.
Smyk przedstawiał sobą młodzieńca smukłego, szczupłego, chuderlawego, cienkiego, o długiem włosieniu, starannie i równo uczesanym. Wyglądał jak poeta. Wprawdzie staranność uczesania mogłaby temu przeczyć, ale u poetów i to bywa. Wszystkiego się od nich można spodziewać.
Smyk, jako mężczyzna z inicjatywą (mogący żyć i w liczbie pojedynczej), sam się pierwszy przedstawił swojej przyszłego życia towarzyszce:
— Smyk jestem — rzekł z prostotą.
— Bardzo mi przyjemnie — rzekły Skrzypce (wolelibyśmy powiedzieć: rzekła Skrzypca): — Czem mogę panu służyć?
— To ja raczej — rzekł Smyk — chciałbym pani służyć za dozgonnego towarzysza. Nie wiem czemu, ale coś mię do pani ciągnie nieodparcie. Jakiś fatalizm! Kocham...
— W takim razie niech pan się zwróci do mamy, ot — tam.
— Do tej tam basetli?
— Nie inaczej. Ale muszę pana poinformować, że moja mama nie jest żadną basetlą, jeno wiolonczelą. Niech pan wie o tem.