Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.6.djvu/412

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


AHOLIBA.

Już-ci — —
Wszak król dziś ciebie do uczty przypuści,
a jest wiadomo, że nie rad obraża
Zakon w obliczu kapłanów — — —


SALOME.

Zapewne
wprzód się ich pytał, czy może królewnę
pokazać posłom... I ci od ołtarza
kiwnęli głową... Lecz ja na ich grzędę
sfrunąć nie sfrunę!... tańczyć im nie będę!
Nie chcę, ażeby, zgrzeszywszy przezemnie,
biedne ich dusze zestąpiły w ciemnie
żydowskich piekieł... I tak już bez liku
ściągną na siebie przewin... O świeczniku —
widzę, że również zapomnieć raczono — —
Słuchaj, Aholo! Nie pęka ci łono,
że arcykapłan Kaifasz, mocny w wierze,
jak tur w igrzyskach, będzie dziś wieczerzę
jadł uroczystą, nie patrząc na pręty
z gałką i kwiatem?... Stół nie bylejaki — —
Zjawią się pono i trefne ślimaki,
rzymski rarytas... Lecz ojciec wasz święty,
więc mu to Jahwe przebaczy...


AHOLIBA przyglądając się kagankom.

Ampule,
złote, rzeźbione!...


AHOLA.

Tak przyjmują króle!...
Cuda i dziwy! Człek, rozkoszą syty,
piłby stąd nową rozkosz!...


AHOLIBA.

Szklą się płyty
alabastrowej posadzki, jak tonie