Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.6.djvu/320

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


SALOME.

Mój ojczym jest słaby!
Wolę królewską tchórzostwo rozprzęga.


JACHOBOD.

Pani! Wiadomo, jaka jest potęga
w świętych zaklęciach wybranego męża!
Opowiadają, że fale zwycięża
morskie, gdy zechce; że umarłe wskrzesza
i że raz przed nim wielka pierzchła rzesza:
Spotkał ją w mieście dalekiem, gdy wiodła
na wzgórze śmierci jakiegoś zbrodniarza
z krzyżem na plecach... Na przemoc nie zważa,
tylko tej czerni krzyknie, że jest podła,
albowiem z rąk jej ginie sprawiedliwy,
który jest światłem, zesłanem na niwy
ziemskie przez Boga... I krzyż zdjąwszy z ramion
onego człeka, pełen dziwnych znamion,
właściwych tylko jasnowidnym duchom,
w proch go roztrzaskał, niby glinę kruchą.
A zaś ów zbrodzień, uwolnion od drzewa
hańby — tak mówią — płonieje i śpiewa
hymn wiekuisty, nie wiem, w cześć Żywota,
czy na cześć Śmierci, bo tak i tak głoszą
ci, co te wieści gdzieś z za mórz przynoszą.
Podniebna mistrza wyprzedza tęsknota,
a takie władztwo rabbi Johanana
że gnie się przed nim szyja, zakowana
w kołnierz pancerny, więc nie dziw, gdy słabną
piersi, okryte purpurą jedwabną...
Sieje naokół trwogę, lecz — — —


AHOLA.

Po twojej
nie znać źrenicy, że się mistrza boi:
cyprysy szepcą o zmierzchu — — —