Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.6.djvu/261

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zerwawszy owoc, zmieniła się w ciało,
Piękne, nęcące marmurami kształtów,
Świeżością barwy i wonią, co zmysły
Nasze tumani, ale w którem mieszka
Grzech...


GŁOS DUSZY WYGNANEJ Z RAJU.

Lucyferze!


ALETHEJ.

Słyszysz? coś tu woła.


SZYMON Z KYRENY.

Nie! to złudzenie... Do rana daleko...
Śpi jeszcze wokół cały świat, śpi jeszcze...
W sam czas się zbudzi, aby — spełnić zbrodnię.
Zresztą, zbyt od nas odległy ten motłoch,
Ażeby jego warczenie dotarło
Do tej wyżyny...


ALETHEJ.

Przysiągłbym, drogi, że o moje ucho
Jak gdyby dziwny jakiś szept uderzył,
Który me kości przebiegł dreszczem... Nieraz
Wstrząsa tak nami szereg zeschłych liści,
Opadających w jesieni...


SZYMON Z KYRENY.

To złuda.
Ogród oliwny daleko za nami...
Naokół cisza, jak przed wielką burzą;
Wiatr o konary nie trąca...
Bywa, gad jakiś w trawie się poruszy,
Lub ptak się spłoszy w krzewinie i wówczas
Człek zamyślony gotów się przerazić...
Lecz na tem wzgórzu martwe tylko głazy,
Ni źdźbła zieleni; nawet mech najmniejszy