Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.6.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Niech kręci, ino że ja po niego palców nie wyciągnę... Chyba mi go samo założy na szyję!
Zobaczył mnie.
— Chodź — powiada — posłuchamy brzęku pszczół...
Położyliśmy się w małej pasieczce.
— A wiesz ty, smyku, co one gwarzą?
— Nie!
— Ja ci powiem:
Nie został jenerałem, to nie został.
Nie dużo przywiózł luidorów, to nie przywiózł.
Oszukali go na koniu, to oszukali.
Padła mu krowa, to padła.
Kazał mu ksiądz leżeć krzyżem, to kazał.
Powiesił się, to się powiesił.
Gdyby się nie powiesił, toby go zabił piorun. Ha! ha! ha!
A nie zabiłby go piorun, toby utonął w rzece. Ha! ha! ha!
Nie utonąłby w rzece, zdusiłby go niewiadomy dławiciel! Ha! ha! ha!
Nie zdusiłby go dławiciel, to inną zginąłby śmiercią — prędzej czy później! Ha! ha! ha!
Czas jest czas, a śmierć jest śmierć...


∗                    ∗

Nadziwowałem się »kocim łapkom« na wiklinach, napatrzyłem się trawom, rosnącym na bagnistych łąkach, nasłuchałem się krzyku czajek i brzęku pszczół, szumu wierzb i płaczu topoli i z skrzypką sosnową w zanadrzu poszedłem w świat...
Narzędzie było nieszczególne, bo gdym raz zagrał na weselu, powiedziano, że nuty nie słychać i nogi według tego w tańcu chodzić nie umieją.
Ale to mnie nie stropiło.
Rzuciłem zbiegowisko ludzkie, gromadzące się na targach, pod ścianą domów publicznych, w oknach olbrzymich kamienic, u stóp wyniosłych pomników, pod łukami