Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.6.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kominaście jeszcze nie wyprowadzili, dym cię gryzie, tak myślisz, że ci tu będzie weselej.
— Prawda.
— A może lubisz patrzeć na trawę, jak rośnie, i na wodę, jak płynie?
— Juści.
— A może rad też słuchasz krzyku czajek?
— Jo...[1]
— Rozumiesz je?
— Krzyczą, bo krzyczą.
— Głupiś! Wołają nad bagnami: Pójdź-tu! Pójdź-tu! Czajka to jest — Śmierć...


∗                    ∗

Pewnego dnia zadął ogromny wicher, dyabelskiemi garściami zgarnął suchy piasek z dróg i słupem olbrzymim rzucił go w niebo — na szyd...
Wierzby zadrżały, topole jęły płakać szumem, jakiego nie słyszano oddawna, trawa przykucnęła z lękiem do ziemi, woda w jeziorze wydęła ciemne brzuszysko i grubymi jęzorami jadła nadbrzeżne błoto.
Bydło rwało się z postronków, a czarny kogut, który przed chwilą, płomiennym potrząsając grzebieniem, zabierał się do deptania kur, rozczapierzył zesztywniałe skrzydła, zapiał przeraźliwie i znikł bez śladu. Widno zły duch, którego spłoszył silniejszy odeń Lucyper.
Po wsi gruchnęła wieść, że Marcin Kabłąk, który odbył wojnę francuską i za waleczne zabijanie ludzi otrzymał nawet krzyż, powiesił się w stodole, na belce.
Nie wiadomo, z jakiej przyczyny.
Podobno cniło mu się na sumieniu, iż nie został jenerałem i że jego kamrat więcej przywiózł luidorów, niż on.

Miał też różne nieszczęścia: na jarmarku oszukano go przy sprzedaży konia; na mokrej, sąsiedzkiej lucernie

  1. Tak.