Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.6.djvu/087

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


udało jedną z nich przychwycić, to choć nieraz ostre skłuło mnie rżysko, nie mściłem się na nich, ani skrzydeł, ani cienkich, długich nóżek wesołym stworzeniom tym nie obrywałem.
Nigdym też nie nadziewał bąków na słomkę, czasem tylko uśmierciłem zbyt kąśliwą muszycę na brzuchu konia lub na łopatce krowy.
Raz też, zburzywszy gniazdo os, wypiłem — niestety! bez wyrzutów sumienia — dorobek ich pracy, nagromadzony w szarych, woskowych kieliszkach, ukrytych pod wilgotną kępą darniny; doszedłszy zaś miary wyrostka, niezdolnego jeszcze do służby wojskowej, ale który przestał się modlić w otumanieniu mistycznem do duchów prababek, uwiodłem jedną czy dwie dziewczyny, nawiasem mówiąc, im na pociechę, a sobie na pożytek.
W południe nęciły mnie cieniste bruzdy czerwcowego żyta, wieczorem jedwabna, pachnąca podściel lucerny.
Widzisz, szczery jestem i z »grzechów młodości« tajemnicy nie czynię.
Ażeby jednak Twe serce, tak wrażliwe na krzywdy, wyrządzane tej biednej, niewinnej płci niewieściej, którą łypiące węszek poetyckie mopsy oszczeknęły za najprawowitsze i najdoskonalsze zwierciadło »Praduszy«, nie pękło z nadmiaru oburzenia, śmiem wyznać, że sromotnie wywiedziono mnie w pole.
Jedną z mych ofiar, czarodziejską wiochnę o ślicznych niebieskich oczach i gęstych blond włosach, wypłaszano już kilkakrotnie przedtem z kartofliska, gdzie słodkie dawała sobie rendez-vous z młodym pastuchem gminnym, a druga, przybłęda z nieznanych mi bliżej okolic, siedziała pono w areszcie za bezwstydne, prawa boskie i ludzkie obrażające podrzucenie dziecka pod progi jakiegoś panicza; wypadek tem karygodniejszy, ponieważ zbiegł się z dniem jego ślubu.
O sprawach tych doszła mnie wieść, niestety! za późno: mając już wówczas wstręt do owoców napoczętych, byłbym był, świadom nagiej prawdy, chodził ze dwa