Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.6.djvu/055

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wzniosłem ci portal,
o mój walący się domie!
W blokach z czarnego marmuru wyrzeźbiwszy święte, stawiałem je na skrzydlatych gryfach, jeden nad drugim, iżby tworzyli chór, niebiosom kamienne podający pieśni, wyśpiewane Duszy, która się zmogła ze Złem.
I, mając przed sobą kosz jabłek z dzikich jabłoni, rosnących po miedzach, i garść fioletowych jagód z kęp leśnych, wyczekiwałem od rana do zmierzchu i od zmierzchu do rana, zali nie wejdzie do wnętrza twojego Ten, co serce ma z ognia i jednym tylko przemawia wyrazem: Wieczność.
I raz mi się zdało, że wszedł.
Padłem na ziemię z wyciągniętemi rękoma, a potem, zerwawszy się, szalony z radości, pobiegłem na drogi rozstajne, na ulice i place, przed kościoły i ratusze i jąłem krzyczeć:
Jest!...
I to był mój śmiertelny grzech.
Albowiem znalazłszy skarb, trzeba go chować przed ludźmi.
Pytali się: kto?
Spieszcie zobaczyć, odrzekłem: Świątynię-m zbudował na pustkowiu; sfinksy jej strzegą, po piersi zanurzone w piasku, który je obsypuje od niepamiętnych dni; nie u was, lecz u mnie zamieszkał Bóg!
Roześmiali się, jednak, ciekawi, poszli.
Lecz przybywszy na miejsce, spostrzegli odrazu,
o mój walący się domie! —
że próg twój, wyciosany z pnia sosny, zgnił od deszczów,
że okna, wybite kamieniami złośliwych wyrostków, pozaklejano papierem,
że na ścianach, niebielonych od lat, zwiesza się brudna pajęczyna,
że stół się chwieje na spróchniałych nogach,