Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.6.djvu/018

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


IV.
POD KOLUMNĄ.

Wielki Wódz, który wygrał sto bitew, a w jednej legł, został mimo to niezmierzoną łaskawością tłumu wyniesion na szczyt spiżowej kolumny.
I stoi na placu, na którym się skupia ruch świata.
Świst samochodów dolatuje do jego uszu, kłąb doróżek naokoło, a wśród nich stróż bezpieczeństwa pewnym siebie gestem toruje drogę przechodniom.
Jakiś komiwojażer, z bezwstydnym uśmiechem w oczach, prowadzi rozbawioną kokotę i klepie ją zwycięsko po udach.
Długowłosy, wychudły malarz, w szerokich aksamitnych spodniach, przekrada się z obrazem pod pachą do sąsiedniego sklepu, w którego oknie tryumfuje fałszywy Palajuolo.
Na dachu klubu, wśród wazonów palm i kwiatów, panowie grają w bakarata — szare, wielkie płótno, rozpięte nad nimi, chroni ich od słońca.
W narożniku ulicy kilku bladych gamenów, w czapkach na tyle głowy, w okręconych naokoło szyi chustkach, ręce wetknąwszy w kieszenie, gwiżdże pod nosem lub, spluwając przez zęby, wilgotnemi strzyże powiekami w stronę odętego bankiera.
Wrzask! Krzyk! Zbiegowisko!
Co się stało?
Pełnomocnicy dzisiejszych władców globu, panów właścicieli dzienników, notują: