Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.4.djvu/068

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Roztopią ciepłe trubadurów pieśnie,
Lub w grubej nocy trwających zaciekle
Wstrząśnie Dantejski poemat o piekle.

XXII.
W zimnej mogile legł smutny wygnaniec,
Od ojczystego odsądzon dziedzictwa,
Gdy chciał rozsadzać ideałów kwiaty;
Ale z nim razem nie zagasł kaganiec
Boskiego światła, lecz skrami umnictwa
Ozłocił Włochy i strumień, bogaty
W zórz porankowych błyszczące korale,
Rozlał na światła zachmurzone fale.

XXIII.
I znów się zaczął wiek młodości święcić:
Ludzkość, co zgniłe zmieniła całuny
Na barwną szatę wiosennych odrodzeń,
Poczęły dźwięki sfer zaziemskich nęcić;
Brzmieniem miłosnej kołysana struny,
Tonie w potoku rozkosznych zawodzeń,
Wielbi »Mojżesza« marmurowe skronie,
Albo się kłania Sykstyńskiej Madonie.

XXIV.
Dziś te pomniki i pieśni odgłosy
Nie utraciły słonecznych kolorów,
A przecież ranek zaziemskich ułudzeń
Nie wabi tłumów brylantem swej rosy.
W niemym-li tylko podziwie tych wzorów,
Muszą pamiętać na zielsko utrudzeń,
Które kolcami zakrwawia im stopy,
Gdy idą zebrać na chleb żytnie snopy.

XXV.
Dzisiaj-to boleść i rozpacz ich ciska,
A jutro sobie tór mieczem nakréślą