Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.3.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


XVIII.
Tak idą, w czeluść i przepaść — bez końca...
A chór szatanów chichocze rozgłośnie
Ponad rozłogi, pozbawione słońca,
Na których żaden kłos już nie wyrośnie,
Ani nie stanie odważny obrońca,
Zmartwychpowstannej ufający wiośnie —
Aż oto nagle kłąb się chmur rozwełnia:
Na orszak spływa blasków płomienistych pełnia.

XIX.
Słowo przedwieczne, Płomień, przeobficie
Nasycon światłem, na klasztornym zrębie,
Wychylającym z mgieł, jak dawne śnicie,
Ogniami zlane biele ścian gołębie,
Zjawia się w białym, słonecznym habicie
I głosem, mocnym, jako sęki w dębie,
A krwią ociekłym, jak serdeczna blizna,
W umarłe rzuci hufce święty krzyk: Ojczyzna!

XX.
Nie dźwiga miecza, krzyżem drogę znaczy,
Ten tor chwalebny, z którego uchodzi
Miedziana stopa leniwej Rozpaczy
Przed bohaterstwem w promiennej powodzi
Nowego życia... Pan i tłum prostaczy,
Jako rybitwy na ogromnej łodzi,
Już nie pogrzebnym orszakiem się wloką,
Lecz płyną wielkiem morzem wiary w dal głęboką.

XXI.
I Płomień-Słowo w śnieżystym kapturze
Naokół iskry żywotwórcze ciska:
»Tobie li« — mówi — »możny Panie, służę,
I łaska Twoja, czuję, że już blizka:
Gniew Twój w niszczącej zjawia się wichurze
I światy spycha w bezdenne urwiska,