Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.3.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Smagnij ją młyńskich kół biczyskiem,
Kiełznaj kamiennych tam lejcami,
A bezpieczeństwo złączysz z zyskiem,
A wypchasz spichlerz swój skarbami —
Hej! smagnę ja tę falę, zalśni dzień nad nami!...«

A wtem wśród gładkich ścian izbicy,
Gdzie alabastru błyszczą śniegi,
Widmo płomiennej o! prawicy
Płomiennych liter znaczy ściegi:
»Dni twych zliczono już szeregi
I rozkosznego dni Babelu...
Ojciec twój skończył... Nim się biegi
Gwiazd u rannego skończą celu,
Ty skończysz... to lud boski... jam jest w Izraelu...«
 
— »To nic!... z gorączki płód wylęgły!...
Wino fantomy w mózgu stwarza...
Zbyt silne państwa mego węgły,
Żaden rys władcy nie przeraża...
Dni policzone... Jak rozżarza
Męskość to serce, świeżość duszę!
Trosk życie króla nie przysparza,
Nawet zgrzybiałych lat katusze
Melodyą wyszukanej rozkoszy przygłuszę...

Wyście widzieli?... Nic!... To złudy
Strasznej chcą gnieździć się ohimy
Tu, w mojej piersi, między cudy
Młodego lata, między dymy
Słodkiego płynu... Wnet spłoszymy
Te czarne ptaki czarnej troski...
Ten płód przedwczesnej, chmurnej zimy...
On w Izraelu... to lud boski...
To nic!... wnet ja zaleję te ogniste głoski!

Otwórzcie skarbiec szczerozłoty,
Na stół postawcie święte czary,