Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.1.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


IV.

Z NIZIN.

Brukowali ulicę... Z okna mej izdebki
Na grono pracujących codziennie patrzałem:
Robiło ich coś sześciu, a każdy z nich, krzepki,
Uderzał mnie postawą i żylastem ciałem.
Nie łatwa to snać praca od rana do zmroku
Ubijać twarde głazy żelazną maczugą,
Gdy ludzie takiej siły, ze krwią w bladem oku
I z czołem żyłowatem, zlanem potu strugą,
Milczeli dziwnie wszyscy — nikt słowa nie rzecze
I nikt się z tych olbrzymów głośno nie poskarzy,
Że dzień się nie chce skończyć i że słońce piecze,
Że pot kroplami ścieka z zakurzonej twarzy.
Snać pracy ich konieczność ująwszy w swe kleszcze,
Na usta im żelazne złożyła pieczęcie,
Że choć ich kości zmęczeń przenikają dreszcze,
Choć serce bije spieszniej, ci milczą zawzięcie.
Po łokcie zakasawszy zbrudzone koszule
I czapki w tył zsunąwszy na spalone karki,
To wznoszą, to spuszczają centnarowe kule,
Aż nogi im się chwieją, aż się chylą barki.
A każde uderzenie jakiś takt wydzwania.
Co falą jednostajną w serce mi się wciska,
Jak wicher, który kłosem ostatnim pogania,