Strona:PL James Fenimore Cooper - Na dalekim zachodzie.djvu/82

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Bądź pozdrowiony, kochany przyjacielu!“ zawołał doń wzruszonym głosem. Dzięki Bogu, żeś zdążył w porę, będziesz się mógł pożegnać z biednym moim wujem.“
Łzy stanęły w oczach Wituh; rzuciwszy cugle konia w ręce peonów, wszedł pocichu po schodach i wkroczył do pokoju konającego starca. Usłyszawszy obce kroki, otworzył starzec oczy; gdy poznał Wituh, uśmiechnął się doń przyjaźnie; usta jego z trudnością wydały słowo: „Wituh!“ poczem spokojnie skłonił głowę i skonał.
Wituh odprowadził zwłoki Warrena na miejsce wiecznego spoczynku, poczem kazał sobie zaraz konia osiodłać. Nigdy jeszcze rozstanie się z Tomaszem nie było dlań tak ciężkiem, jak wówczas; kiedy w towarzystwie swych peonów, milcząc, przejeżdżał przez miasto, zdawało mu się, że widzi je po raz ostatni.
W istocie, widział je po raz ostatni. W kilka miesięcy po śmierci Warrena w walce, jaką ponownie musiał stoczyć z Indjanami, ugodziła go śmiertelnie strzała; ostatniemi słowy, z jakiemi się zwrócił do swoich peonów, było pozdrowienie dla Tomasza.
Czytelnik łatwo może sobie wyobrazić, z jakiem uczuciem przyjął Tomasz wieść o śmierci Wituh. Długo jeszcze prowadził interes, objęty po wuju; szczęście i nieszczęście nieraz zawitało w jego progi, lecz pamięć o dzielnym Gauchosie nigdy nie wygasła w jego sercu. —