Strona:PL James Fenimore Cooper - Na dalekim zachodzie.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zaproszenie wuja, témbardziéj, że nic go do ojczyzny nie wiązało; rodzice jego dawno zmarli, a nikogo z blizkich nie posiadał.
Wybrzeże niezmiernie szerokiéj La Platy ciekawy przedstawiało widok. Tu i owdzie widniały gęste zarośla, zpośród których strzelały w górę potężne palmy z rozłożystemi swemi koronami i olbrzymie pnie aloesu z mnóstwem złotożółtego kwiecia. W gęstwinie drzew poruszała się niezliczona ilość ptaków o przepysznem, a przeróżnem upierzeniu, a na samym brzegu spacerowały czerwone flamingo, ciężkie pelikany, kaczki i czaple.
Mnóstwo okrętów i łodzi zwiastowało wreszcie blizkość portu Buenos Ayres, gdzie też okręt wkrótce zarzucił kotwicę. Tomasz zszedł na ląd i niedługo, ku wielkiéj swéj radości, znalazł w tłumie oczekujących osób drogiego swego wuja. Ten zabrał go do swego powozu i zawrócił do miasta, opowiadając mu po drodze o wielu rzeczach, a zwłaszcza o ostatnich chwilach matki.
Powóz wkrótce zbliżył się do miasta. Obraz, który się roztoczył przed Tomaszem, nie odznaczał się szczególnemi pięknościami: więcéj bowiem niż na sto mil wgłąb kraju ciągnęły się jednostajne pampasy, owe niezmierne stepy La Platy.
Zwolna toczył się powóz przez ulice, gdy naraz jakaś gruppa jeźdźców wynurzyła się z zaułka i zatrzymała przed jednym ze sklepów. Były to wspaniałe postacie o ciemnobrunatnéj cerze i długich, aż na piersi spadających brodach.
Tomasz długo się przypatrywał tym osobliwym mężom i prześlicznym ich koniom.