Strona:PL JI Kraszewski Psiawiara.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Dubińce nie przynosiły tego, co się spodziewał, wymagały nakładów wielkich; stopa, na któréj się postawił Gryżda, zejść z niéj nie mogąc, przechodziła niemal możność jego. Troska więc o przyszłość przyszła w dodatku do innych.
Zdawało mu się, że wydanie za mąż Romany mogło by być środkiem do ograniczenia wydatków i pozorem dobrym do zmiany życia. Jednego wieczora poszedł do niéj do dworku, bo, pomimo urządzenia pałacu, mniéj w nim żyli, niż w starym folwarczku.
— Moja kochana Romano — rozpoczął, siadając — chciałem z tobą pomówić. Lata biegną; pragnął bym o los twój być spokojnym... trzeba dla ciebie o mężu pomyśléć.
Z krzykiem niemal córka się z krzesła po rwała.
— Dla mnie! o mężu! na miłość Bożą, ojcze chcesz ze mnie uczynić nieszczęśliwą?
— Przeciwnie.
— Ja tak jestem szczęśliwa moją swoboda, tak bynajmniéj nie pragnę żadnéj zmiany losu, a lękam się jéj, że samo wspomnienie o wyjściu za mąż strachem mnie przejmuje.
— Ale kiedyś przecież!...
— Nigdy! — zawołała z wielką siłą woli Komana. — Nigdy!
Ojciec spojrzał na nią.
— Dlaczegóż?
— Bo się nie czuje stworzoną na niewolnicę, a serce moje wcale się nie poruszyło dotąd i zdaje się, że pozostanie, tak zimném, jak jest.
Gryżda patrzał na nią i słuchał niemal przerażony; mówiła daléj, pocałowawszy go w rękę:
— Zostawmy losowi dalsze rozporządzenie nami, kochany ojcze. Małżeństwa kojarzone, rozumne, zimne, prowadzą wprost do nędzy i męczarni. Mnie jest dobrze z tobą; zostańmy, jak jesteśmy. Za kogoż-byś mnie mógł wydać? Obejrz się — Nie jestem wcale zarozumiałą, ale przyznam ci się, że nie widzę tu nikogo, z kim-bym bez poniżenia się życie podzielić mogła, co by mnie zrozumiał.
Gryżda westchnął ciężko.
— Szukajmy, jeżeli chcesz, gdzieindziéj — rzekł po namyśle.
— A! niéma nic pilnego — odparła Romana. — Szukając lepszego, możemy trafić na to, co nam obojgu życie zatruje.
To mówiąc, poczęła ojcu wyliczać po kolei wszystkich, których on mógł miéć na myśli, łatkę przypinając każdemu. Ominęła tylko Fiszera i Sołomereckiego, których wcale za pretendentów możliwych nie uważała.
Tak piérwsza ta próba pana Zenona nie powiodła się wcale. Wyszedł, wyrzucając ją sobie.
— Jestem w istocie naiwnym do głupoty — rzekł, wzdychając. — Zamiast szukać kogoś i nastręczyć, zraziłem ją niezręczném wystąpieniem. Dziewczyna zarozumiała, ma wiele w sobie ze mnie, ale przecież ktoś się jéj podobać może.
Poszło więc to w odwłokę.
Właśnie w tym sanym czasie Sołomerecki, spełniając to, czego sobie Romana życzyła, przybył do chorego trochę Symeona do Dubiniec. Wiosna była w najpiękniejszym rozkwicie; ogród, choć utrzymywany niezbyt starannie, zieleniał i woniał.
Tegoż samego wieczora Maurycy wyszedł na przechadzkę i, unikając sąsiedztwa pałacu, udał się w tę stronę zdziczałą ogrodu, w której raz już był spotkał Romanę.
Było to właśnie miejsce jéj zwykłéj przechadzki. Spotkanie było nieuniknione. Spostrzegłszy go z daleka, Romana zbliżyła się żywo, rękę wyciągając i nie ukrywając, jak mu radą była.
— Przyjechałem do chorego Symeona — odezwał się, witając ją, Sołomerecki.
— Moroczko nic nie mówił księciu? — przerwała. — Poleciłam mu, aby go zaprosił. Niestety! nie mogę, i nie śmiała-bym gdzieindziéj go przyjąć, jak tutaj.
— Grześ mi przywiózł ukłon, za który bardzo byłem i jestem wdzięcznym — rzekł Maurycy. — Ośmielił on mnie do Dubiniec, chociaż do Symeona zawsze-bym czuł obowiązek przyjechać.
— A ja nieskończenie wdzięczną jestem, żeś książę mojej prośby wysłuchał — naiwnie poczęła Romana. — Niech się to ludziom jak chce wydaje, jestem przyjaciółką, czy przyjacielem księcia, i nie myślę się z tém ukrywać. Tęskniłam za nim.
Mówiła to z uniesieniem, żywo, a jednak nie było w jéj otwartości nic, co-by Maurycego ośmieliło do wniosków zbyt zuchwałych. Nie był też usposobionym do nich, a Romany charakter nie dopuszczał ich. Była tak szczerą, że nad to, co mówiła, nic więcéj przypuszczać nie dozwalała.
Tak zagaiwszy, Gryżdówna o swojém życiu i zajęciach mówić zaczęła, znajdując się nad swe zasługi, nadspodziewanie szczęśliwą.
— Książek mam podostatkiem, fortepian nastrojony, śliczna natura dokoła, ojciec dla mnie powolny — mówiła. — Jedno tylko mnie trapi, że gwałtem obciąłby już pozbyć się mnie z domu, do czego ja nie mam najmniejszéj ochoty. — Spytała potém o zajęcia Sołomereckiego.
— Ja także wcale się nie nudzę — odparł Maurycy — chociaż gospodorstweczko moje maleńkie jest bardzo. Na Belgią było-by ogromném i przynosiło-by krocie, u nas, gdzie niema dróg, kanałów, gdzie wszystko się sprzedaje nieprzerobione, w tym stanie, w jakim na świat, przyszło, a koszta przewozu pochłaniają... Ale ja panią nudzę.
— Bynajmniéj, uczę, się — odparła Romana.
— Wolę jednak zmienić przedmiot — począł Sołomerecki. — Mam ogródek i kwiatki i zyskałem to, czego mi brakło: starego przyjaciela powróciły mi losy.
— A! Moraszkę! — przerwała Romana — ale jakże innym jest od księcia ten przyjaciel?
— Jest to bardzo miły człowiek i ma wiele przymiotów, ale urzędnik się na nim wycisnął. Nie jest nikt bezkarnie farbierzem, ani nadzorcą nad sprawiedliwością. Mimowoli jeden ręce ma zwalane, drugi myśl zabrukaną nieustannym poszukiwaniem czegoś złego, bezprawnego... W gruncie jednak.
— Jest to biedny człowiek — dodała Romana. — Pomimo pozornéj wesołości jego, czuć, że ma w duszy wiele smutku.
— Będę go wedle możności starał się rozweselać — rzekł Sołomerecki.
— Byle on nie odebrał księciu téj swobody, która jest największym skarbem — westchnęła Romana.
Szli tak razem daléj, lecz nie przekraczając granicy, po za którą Sołomerecki mógł się narazić na nieprzyjemne spotkanie. Nie spostrzegli się oboje, gdy mrok padać zaczął i książę pożegnał nareszcie Gryżdziankę.
— A jutro? — spytała, podając mu rękę..
Maurycy odpowiedziéć nie umiał.
— Jeżeli mnie nic nie zmusi do powrotu.
— No, niech nic nie zmusza! — wesoło dokończyła Romana.
Zdala, niepostrzeżony, stał oparty o starą lipę Gryżda i — patrzał...
Wypadek go tu sprowadził, widok niespodziany przykuł.
Zimny pot wystąpił mu na czoło.
— Jeżeli J. Ks. Mość chce się pomście na mnie, uwodząc mi córkę — szepnął cały drżący od wzruszenia — przekona się, że Psiawiara honoru dziecka i dopilnować, i strzedz, i bronić potrafi!
Romana zdejmowała słomkowy kapelusik z głowy, gdy ojciec, blady, z wyrazem twarzy, który zawsze coś złego zwiastował, wszedł do pokoju.

III.

Gryżda chciał względem córki przybrać ton groźny, ale głosu mu zabrakło, zmieszał się. Patrzyła nań tak spokojna, pewna siebie, nielekąjąca się niczego, iż on się prawie jéj nastraszył. Nie wiedział, jak począć.
— Wieczór bardzo piękny — odezwała się córka.
— A tak, i Waćpanna go też pięknie użyłaś! — dobyło się z ust Gryżdy. — Co to znaczy? proszę mi powiedziéć, co to ma znaczyć? Zmowy jakieś i schadzki potajemne z Sołomreckim! Waćpanna nie wiész, co to są za ludzie. Syn wart ojca, który tyle kobiet nieszczęśliwemi uczynił.
Mówiąc, trząsł się cały. Romana, która przy piérwszym wybuchu nieco pobladła, nie okazała najmniejszego wzruszenia. Zrzuciła spokojnie chusteczkę, którą miała ramiona okryte, popatrzała na ojca i boleśnie się uśmiechnęła.
— Nie mogłeś mi większéj uczynić przykrości — rzekła zimno — jak posądzając o łlochość. Czy ci dałam do tego powody?
— Ale ta schadzka?
— Nie wolno mi mówić z Sołomereckim, gdy go, spotkam? — odparła powolnie. — Przyjechał do chorego Symeona, wyszedł do ogrodu. Oto wszystko. Lubię jego rozmowę, szanuję go, tego się nie zapieram; ale, proszę, nie czyń mi krzywdy, jak piérwszą lepszą dziewczynę z garderoby posądzając o romans niedorzeczny. Aż nadto dobrze pamiętam, co nas dzieli od Sołomereckiego.
Gryżda tą flegmą i spokojem czuł się niemal pokonanym.
— Gdyby nawet nic w tém nie było zdrożnego, — rzekł — ludzie patrzą i zawsze wszystko gotowi są sobie tłótnaczyć jak najgorzéj.
— To mi jest zupełnie obojętném — dodała Romana. — Mogła bym się odwołać, kochany ojcze, do twoich własnych zasad, ale tego nie potrzebuję. Tyś nie dbał nigdy o to, co na ciebie powiedzą ludzie — ja.
— To wcale co innego! — zawołał rozjątrzony Gryżda — kobieta... powinna strzedz swej dobréj sławy.
— A przedewszystkiém — dodała Romana — być we własnych oczach czystą. Bądź spokojny; jestem taką i możesz wolnym być od wszelkiéj troski; nadto szanuję siebie.
— Ale nie znasz przewrotności ludzi! nie masz doświadczenia — począł Gryżda. — Jak w naszéj krwi jest energia i wola żelazna, tak w ich jest płochość i dar uwodzenia ludzi. Ten panicz na to czyha.
— Ale ojcze! — rozsmiała się Romana — mówiliśmy, daję ci słowo, o gospodarstwie, o literaturze, o Moroczce, o czém chcesz, tylko nie miłości, o któréj się nam obojgu nie śniło. Szkoda, żeś nie podsłuchywał, nie zrobił byś mi téj sceny upokarzającéj.
Odstąpiła parę, kroków i dodała:
— Musze cię uprzedzić, że, jeżeli Sołomerecki nie wyjedzie, a deszcz nie przeszkodzi, jutro znowu wyjdę z nim pomówić.
Gryżda pięścią w stół uderzył.
— Nie pozwalam! — krzyknął.
— Ojcze! ojcze! poważnym głosem — odezwała się Romana — czynisz mi przykrość wielką, krzywdzisz córkę.
— Gdzie-żeś ty co podobnego widziała? — wykrzyknął Gryżda.
Rzuciła się na krzesło Romana, głowę obejmując rękoma.
— Broszę cię, ojcze, zawierz mi, nie zrobię ci wstydu, ale mi w życiu nie odbieraj jednéj z największych przyjemności: podzielenia się myślami z człowiekiem, sympatycznym dla mnie i rozumnym.
— Tak! tak! sympatyczny ten i rozumny spekulant, jeżeli nie myśli uwieść, to obrachował, że może odzyskać ożenieniem Dubińce. Lecz, póki ja żyję, gdyby mi u nóg leżał, córki nie wydam za niego Nigdy!
Znam tych panów! Niechcę go! Cała ohyda