Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pan Bal spojrzał na niego z obawą.
— Do czego to, rzekł, do czego? Jest to chwilowe rozdrażnienie może, jeźli nie fałszywy domysł. Wszędzie początki trudne, zawsze ludzie ludźmi, nie mówmy o tem ani słowa!
Tak zamknąwszy usta wszystkim, powrócił pan Erazm do domu, ale długo chodził po swoim pokoju i wzdychał ciężko.
Ha! rzekł w końcu do siebie, to być nie może, żeby nas Bóg wie za co nienawidzieć miano. Śnią się nam prześladowania gdy ich nie ma. To ludzie poczciwi, pełni prostoty i szczerości, niegodziwie ich posądzamy, pewien jestem że to się wyjaśni i pokaże, żeśmy względem nich byli niesprawiedliwi. Nie ma jak wieś! nie ma jak wieś!

KONIEC TOMU TRZECIEGO.