Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/099

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Strumisz jest na kupczyka zanadto uczuciowy, trochę śmieszny!
— Dla czegoż uczucie miałoby być śmieszne? spytała matka...
— Ja tam nie wiem, tak mi się to wydało.
Podano herbatę, wszyscy się zeszli do saloniku.
Po twarzach poznałbyś że to był dzień pocztowy... tak rozjaśniały je odebrane listy i pisma. Pan Bal choć się niechętnie do tego przyznawał, weselszy był niż kiedykolwiek, wstąpiła w niego nadzieja, odwaga, wiara, które go opuściły na chwilę. Stanisław milczący chodził z rumieńcem na twarzy, ściskając co raz list złożony na piersi by się przekonać że go nie zgubił.
Parciński w milczeniu pił herbatę, rzucając okiem po otaczających i nie śmiejąc się odezwać, żeby marzeń które widocznie latały po czołach nie przerwać.
Nakoniec pan Bal zatarł ręce i sam rozpoczął rozmowę, ale dziwnie poplątaną. Chciał i silił się mówić o Zakalu, o swojej wsi ukochanej, a co chwila zwracał się ku miastu i powtarzał to nowinki z Kurjerka, to wiadomości z listów. Widocznie męczył się z sobą, wymawiał sobie słabości i podołać jej nie mógł.
Parciński dobrodusznie się uśmiechał.
Przeznaczeniem było Zakala, żeby w niem chwili spokojnej nie zażył nowy dziedzic; właśnie gdy się najweselej rozgadał, służący wniósł list.
Zachmurzyła się twarz kupca, westchnęł i rozpieczętował, a rzuciwszy nań okiem, pokiwał głową, zdawał się namyślać i wziął Parcińskiego do okna.
— Panie Tomaszu! rzekł, Dankiewicz prosi mnie o pożyczenie pieniędzy.
— Zgadłem, rzekł plenipotent, to przyjść musiało