Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 03.djvu/044

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— To też, rzekł Sulimowski, nie uwierzą państwo ile nas cieszy ich przybycie w nasze strony.
Bal skłonił się, a gdyby uchodziło, byłby go uścisnął.
— Ludzie pewnej sfery, dodał Bracibor podając protekcjonalnie rękę kupcowi, powinni się zbliżać i żyć z sobą. Sulimów nie jest tak daleko... nie potrzebujemy powtarzać że szczerze zapraszamy państwa.
Hrabina z uśmiechem wystudjowanym i uściśnieniem rąk à l’anglaise powtórzyła toż samo pani Balowej; poczęły się sowite a ze strony pana Bala łzawe niemal podziękowania, w końcu formalnie zaproszono na jakąś niedzielę.
Stanisław ukłonił się z daleka, wcześnie sobie zapowiadając że zachoruje w porę.
Hrabia bawił do mroku, bo Brogi pana Teofila były tylko o milkę, zajechać było łatwo, a w dodatku był wołyński kozak i kaganiec, z któremi najciemniejsza noc nie straszna.
Łucja z Lizią i Zmorą usiłowali wciągnąć Stanisława w rozmowę, w zabawę, ale napróżno; ze spuszczoną głową, z niechęcią ciężko tłumioną, złożywszy ręce z rezygnacją, stał opodal w oknie i odstrychał się od nich.
Podano herbatę, zaszły konie i najczulsze nastąpiło pożegnanie, a Bal z odkrytą głową mimo wieczornego chłodku, co do nogi wszystkich do landary powsadzał, nie szczędząc upadania do nóg i ucałowania rączek. Kozak ruszył, za nim rodzina Braciborów, wiodąc za sobą kuzynka najszczęśliwszego ze wszystkich, bo już wolny przystęp do Zakala mającego.
Nie potrzebujemy tłumaczyć że kuzynek ten hrabiów,