Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 02.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ale cóż to za człowiek? spytał Hubka uśmiechając się.
— Poczciwiec, jeśli ci o to idzie, odparł gospodarz, bogaty...
— Szlachcic? powtórzył ex-komisarz, który często o szlachectwo pytał, żeby się swojem potwierdzeniem już pochwalić.
— Nietylko szlachcic, rzekł gospodarz, ale nawet ma i może słuszną pretensję do wielkiego rodu.
— Jak żyję nie słyszałem o Balach.
— Prócz w lesie, rzekł Pancer...
— W swoim już krewnych nie znajdzie, dowcipnie poparł Zmora, Sulimowski mu kuzynków wysłał do Gdańska.
— No! a jakże wyglądają? spytał Jaś siwy, Jejmość czy stara? córeczka podobno jest?
— Jejmość, ni stara ni młoda, przystojna jeszcze...
— Na głodny ząb... wrzucił Pancer.
— Ale córeczka! wykrzyknął Porfiry.
— Załóżcie się ze mną, przerwał Zmora, że pan Szaławiński już o niej myśli!
Hubka parsknął śmiechem takim, że mu karty z rąk poleciały.
— A gdyby? dumnie odparł gość, cóż to by było tak dziwnego?
— Kochany panie Porfiry, rzekł Zmora, a latka?
— Wszakżem młodszy podobno...
— Od kogo?
— Ej nie rachujmy się.
— Gospodarz się zmarszczył i odmienił rozmowę żywo. No! opiszże córkę, rzekł.
— Dość powiedzieć aniołek!