Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 02.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kojny! zkądże wzięli wapna... w Zakalu się margiel nie kopie, na okolicę u nikogo bez niego się nie obejdzie...
Ledwie tych słów domówił, gdy wszedł poufalutko do salonu Moszko Hercyk, znajomy nam arędarz z Zakala i stanął przy drzwiach nizko się podsędkowi kłaniając.
Gość to był zawsze pożądany, bo pieniądze dawał, ale nigdy jak dziś, podsędek miał w ręku sposób sprawdzenia mytycznych powieści pana Porfirego, poskoczył ku niemu.
— Jak się masz Hercyk? a co tam u was nowiny, w Zakalu słyszę nowy pan?
— A mamy go! doczekaliśmy się, odpowiedział flegmatycznie żyd gładząc brodę.
— No! no! gadajże!
— Śliczny pan! rzekł Moszko, grzeczny, układny... i bogaty!
— Ba! ba! zkądże o tem wiecie?
— Znać pana po cholewach! wrzucił Porfiry.
— A! dajże mi się rozmówić! syknął podsędek, zasłaniając Moszka i biorąc go w oblężenie. I bogaty mówisz panie Hercyk?
— Juściż to ze wszystkiego widać, mówił żyd. W Zakalu dom na nowo wyporządzamy.
— O! czemuż u mnie wapna nie kupujecie?
— Właśnie po to przyjechałem.
— Żono! kochanie! daj nam wódki! obrócił się podsędek, nie bez rachuby częstować myśląc przed targiem.
— Pan Porfiry mi tu pełną głowę nagadał o nowym sąsiedzie.
— Czemu nie! rzekł żyd, jest o czem, człowiek bar-