Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 01.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


więc śmiało powtórzę, że życie ma mało w sobie nowego! mnie się czasem zachciewa, żeby słońce weszło od zachodu, a ty nie zrozumiesz dla czego się cieszę że na wieś wyjeżdżamy?
Staś się rozśmiał, matka pocałowała ja w głowę.
— Kochane dziecię! tyś dziecię jeszcze! powiedziała cicho, Staś już jest człowiekiem, tobie się śmieje wszystko, nawet niebezpieczeństwo...
Lizia spojrzała w oczy matce, nie wiedzieć zkąd i dla czego prysła jej łezka brylantowa z pod powieki; zakręciła się i uciekła. Stanisław pozostał.
— No! teraz powiedz mi Stanisławie, cicho spytała pan Balowa, co twoja łza znaczyła... ale całą prawdę...
Syn się zmięszał.
— Nie od dziś czytam w tobie tajemnicę: twój smutek niewłaściwy wiekowi, zamyślenie, dziś ta łza... to wszystko coś znaczy, maszże lepszego przyjaciela nademnie?
— O! nie! nie kochana matko, ale są rzeczy, których się i najlepszemu przyjacielowi nie mówi.
— Jakto! miałżebyś tajemnicę, którejbyś się mógł zawstydzić?
— O! nie! nie! żywo zaprzeczył młody człowiek; nie zrozumiałaś mnie matko... są rzeczy, których się nie mówi... bo... się nie godzi może obnażać ich przed wszystkiemi.
— Stasiu! dawnom się tego domyślała! wymawiałeś Lizi czytanie francuskich romansów, a sam nie czytałżeś nadto niemieckich?
I z łagodnym uśmiechem spytała:
— No! przyznaj mi się, ty się kochasz?
— A gdyby tak było?