Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Starosta Warszawski.djvu/352

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    nićbym nie mógł. A wiem, że podróż ta... nieochybnie przykrąby jéj była...
    Skończmy na tém... Życie bywa niedługie, gdy je namiętność pożera i pali... Niech ona będzie szczęśliwa — a ja — sam winienem, nie mogę... odpokutuję za szaleństwo.
    Na stole w bibliotece stały jeszcze kielichy i wino; Sołłohub nalał sobie największy, i z oczyma załzawionemi, poruszony mocno, ściskając rękę Brühla, desperacko go wychylił.
    — Za zdrowie wasze!!
    Kielichem stuknął, porwał za kapelusz... nagle.
    — Trzeba jechać do Warszawy — bądź zdrów...
    Uścisnął go i uciekł...