Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Starosta Warszawski.djvu/336

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    wskazał na drzwi prowadzące do jego salonu, gdzie nań czekano i wyszedł prędko.
    Tam gorącą toczono rozmowę...
    Szło o obliczenie sił swoich... o strategię sejmową, o obrachowanie jak przeciwnicy uderzą... Stary Brühl nie był tak spokojny, jakby mógł być, znakomite siły mając za sobą. Wiedział wprawdzie, że tak lub inaczéj zwyciężyć musi, lecz skandalowi który wywołać chciano, niepodobna było zapobiedz. Nie szło tak dalece Brühlowi o ten pozór szlachectwa polskiego, które uzyskali za radą i z pomocą familii — ale o wrażenie, jakie na szlachcie uczynić miało samo zadanie nieszlachectwa! Nie było cięższéj obrazy dla obywatela ówczesnej Rzeczypospolitéj szlacheckiéj, nad zaprzeczenie mu tego tytułu. Układano się wiec z familią, która w ręku mając broń taką, stawiła warunki niemożliwe; chciała, aby dla niéj rzeczy niewykonalne, na pół już dokonane inaczéj, odwołano i zmieniono.
    Na teraz już szło o województwo wileńskie dla Radziwiłła, przyrzeczone mu uroczyście, o którém kraj cały wiedział, lecz na które przywilej jeszcze podpisany i przypieczętowany nie był.
    Radziwiłł tymczasem, którego dotąd panem miecznikiem zwano, właśnie do Warszawy przybył. Opowiadano w Młocinach, że więcéj pięciuset szlachty przyprowadził z sobą, że między innemi wieziono za nim cztery niedźwiedzie litewskie do zaprzęgu nawykłe, które w małą karetkę zakładano...