Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Starosta Warszawski.djvu/334

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    cóż — bronić się będziemy? co wypadnie... przyjmę stoicznie.
    — Przecież nic złego wypaść nie może, nie powinno? przecież i my jakąś siłę mamy? Familia całego kraju nie pożarła i nie przywłaszczyła sobie.
    Spojrzała nań zaognionemi oczyma. Cześnik téż patrzał na nią jak w tęczę, ale zdawało się, że blask jéj oczu więcéj go zajmował nad przedmiot rozmowy.
    — Kochana kuzynko — odezwał się wreszcie — muszę ci to powiedzieć otwarcie! uwolń mnie od mówienia o téj nieszczęsnéj tak zwanéj polityce, przynajmniéj tam, gdzie ty z sobą przynosisz młodość, wdzięk, uśmiech i gdy człowiek radby zapomnieć o téj poczwarze, która życie nasze pożera i krew wysysa.
    Sołłohubowa ruszyła ramionami.
    — Ale ja, jak wy, mój cześniku, przeklinam zarówno nieszczęsne te swary, nie cierpię tych kabał — cóż, gdy dziś o was chodzi! Nie polityka mi w głowie, ale się lękam.
    Tu się zarumieniła, Brühl ją wziął za rękę, ukłonił się grzecznie i rzekł z uśmiechem.
    — Proszę się uspokoić, — dziękuję wam serdecznie, ale — nie mówmy o tém... Wszystkie siwe głowy i poważni mężowie już się tém zajmują — co się mnie tycze, ja w ich rękach jestem bierném narzędziem i zupełnie spokojnie na to patrzę. Mało mnie to obchodzi. To wszystko, życie tylko psuje.