Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Starosta Warszawski.djvu/091

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Pierwsze dygnitarstwo, jakie zawakuje, dam ci na podarek ślubny — a bądź grzeczny... Niech ci Bóg błogosławi!
    Brühl schylił się do ręki, August go w głowę pocałował...
    — Wszystko będzie dobrze, tylko ojca słuchaj, to... głowa!
    Uderzył się po czole...
    Szambelan wszedł oznajmując dwóch biskupów. August fajkę położył, szlafrok ściągnął, a Brühl usunął się na bok i tak się to posłuchanie skończyło.

    ∗             ∗

    Tegoż wieczoru czekał nań ojciec. Stosunki ich były czułe, ale zewnętrzne oznaki poszanowania z jednéj, przywiązania z drugiéj stony — kryły rzeczywistą oziębłość. Wzajem się obserwowano. Gdy starosta wszedł, badając go oczyma, rzucił się uścisnąć minister...
    — Byłeś u króla?
    — Wracam od niego!
    Spojrzeli sobie w oczy. Minister postąpił parę kroków...
    — Cóż ty na to? spytał...
    — Kochany ojcze — odezwał się starosta z tą smutną wesołością, która była zwykłym tonem jego rozmowy z ojcem — zdaje się, że ja tu głosu nie mam...