Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Bajbuza 01.djvu/023

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Księżna Teresa powtarzała ciągle głośno, że za mąż iść nie myśli, i po staremu byli dobrymi przyjaciółmi, nic więcej.
Tylko starzy i wytrawni ludzie poruszając głowami szeptali, że prędzej później musi się to skończyć u ołtarza.
Takie było położenie Iwasia Bajbuzy w chwili, gdy chorąży Szczypior dobiwszy się do Horodyszcza w Nadstyrzu, otrząsnąwszy ze śniegu, zapytał starego sługę, który wychodził na spotkanie, czy zastał rotmistrza w domu.
— A gdzieżby na taki czas mógł się ruszyć? — odparł staruszek — taż to od dwóch dni taka była wiuha, że nosa na podwórze nie wytknąć.
Zabrano natychmiast ludzi i konie do gościnnych stajen, a Szczypior nie przebierając się, jak stał, zwierzchnią tylko opończę zrzuciwszy, za przewodnikiem do sypialni Bajbuzy pośpieszył, który tak daleko od wjazdu w zacisznym siedział kącie, że gościa ani zobaczyć, ani posłyszeć nie mógł przybywającego.
Chorąży Szczypior był mniej więcej w wieku Bajbuzy, ale powierzchowności wcale odmiennej, mały, krępy, muskularny, gorączkowych ruchów, krzykliwego głosu, zamaszysty, rubacha, żołnierz jednem słowem, który więcej w obozach i taborach, niż po pałacach i dworach zwykł się był obracać.
Ale za to był to żołnierz jakich mało, roz-