Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Waligóra tom II.djvu/186

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    żowi do nóg, prosząc aby sprawiedliwość wymierzył...
    Na zamku już pieniek nagotowali, na którym ścinać mają.
    Niecierpliwy ażeby się coś o tym wypadku dowiedzieć z lepszych ust niż Trusiowe, bo tym nie dowierzał, pospieszał Jaszko do dworku. Błazen go nie opuszczał i kłusując za nim a śmiejąc się, ciągle mu coś rzucał do ucha.
    Tak aż do wrót dobiegli, od których ludzie Sulenty błazna biczami się pozbyli, gościa niespodzianego puszczając do środka.
    Wyszedł naprzeciw stary kupiec a zobaczywszy Jaksę, którego się z powrotem tak rychło nie spodziewał, odartego z chudemi i pooszarpywanemi końmi — zdumiał się wielce.
    Potrzebując ojca, musiał się synowi wysługiwać i ugaszczać.
    Zaledwie do izby weszli, gdy zwróciwszy się doń Jaksa, zapytał o to, co mu błazen mówił po drodze.
    Sulenta ramionami poruszył znacząco.
    — Prawdą jest — rzekł — że brata biskupa Iwona, starego Mszczuja schwycono pod miastem, ze zbiegłą z zamku dziewczyną — że ludzi książęcych potłukł, i sądzić go mają...
    — Chyba do Krakowa o tém wieść nie doszła i biskup nic nie wie, bo rodzonego swojego by ratował! — zawołał Jaksa.