Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Waligóra tom II.djvu/067

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    i po osadach, nadchodziły... Dnia tego wyruszyć na Prusaków już było niepodobna, czekano na posiłki nowe, ale nazajutrz ze dniem Krzyżacy wyciągać chcieli.
    Jaszko powiedział sobie że pójdzie z niemi[1] Nie miał nic lepszego do roboty. W ten sposób mógł się zasłużyć księciu, i albo u niego umieścić, lub przynajmniej mieć czas do rozpatrzenia się.
    Jak skoro rozchodzić się zaczęto, Jaksa wrócił do swojego Gromazy, który też był podjadł ze dworem, i popijał czekając nań.
    Poczęli sobie przy dzbanku stare przypominać dzieje, lepsze i weselsze czasy. — Korzystając z coraz skłonniejszego do wywnętrzenia się usposobienia Gromazy, Jaszko zagadnął o księcia Konrada.
    — Ten kiedyś panować będzie, — rzekł, — bo ma męztwo i wolę własną... Jemuby Kraków należał nie Leszkowi, który do panowania smaku nie ma, a księżom nad sobą daje przewodzić. Ale też Krakowianie już go mają dosyć.
    — Hę? — ozwał się Gromaza. — To stara wiadoma rzecz, że oni długo jednego nie lubią. Naszemu panu śmieje się Kraków!!
    — Byle chciał! — zawołał Jaksa.

    — Mało tego jednak — rzekł Gromaza, — nas tu wasz Leszek tak wlepił w ręce pruskie, że się ruszyć nie ma sposobu. Miał rozum, bo gdyby Konradowi ręce rozwiązano... nie dałby mu siedzieć spokojnie...

    1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.