Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Semko Tom I.djvu/091

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Tak to było, za życia pana rodzica — westchnął chłopak. — Ojczysko się bodaj obawiało, aby Janusz i Semko, gdyby mi kawał ziemi przyszło dać, ze świata mnie nie sprzątnęli! Dla tego dzieckiem odzieli mnie w tą brudną sutannę, której nie cierpię, kazali mi uczyć się abecadła i pisania i modlitw. Ale Panu Bogu ze mnie pociechy nie będzie, bom ja na klechę nie stworzony... Prędzej, później, choćby i infułę włożyli, cisnę ją, a żonkę sobie wezmę.
Rozśmiał się głośno.
— O tem myśleć wam zawcześnie! — odparł Bartosz krótko, markotny z tego rozmowy obrotu.
— Zawcześnie?? Jak komu! — zawołał chłopak nastawiając się dumnie.
Ja dziś już żonki potrzebuję, a dalej nie wytrzymam.
Starosta nic nie odpowiedział.
Napastliwe chłopię wiedziało już, że z niego nic nie wyciągnie.
— Jutro rano jechać macie? — zapytał.
— Muszę — odparł Bartosz. — Tego wy jesteście świadomi, że u nas burza wielka. Zamków moich strzedz muszę od Domarata, od Wierzbięty, od Grzymały z Oleśnicy i od wszystkich, wielu ich tam jest. Czuwać pilno potrzeba a ludzi zbierać zkąd można.
— Gdybym ja na miejscu Semka był — zawołał Henryk — dałbym wam zaraz kopijników, ale