Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Latarnia czarnoxięzka Tom II.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Już byli blisko wsi, a jeszcze Sawce wracać się niechciało. Aż spotkali rodziców, którzy jéj płacząc szukali, bo była jedynaczka i bardzo ukochana u nich. Z początku ojciec wpadł na nią i na Sawkę, ale gdy ten opowiedział wszystko, a dziewczyna przypomniawszy strach, zawodzić zaczęła, tuląc się do matki, to dziękowali mu serdecznie, że dziecko od złego człowieka wybawił i ojciec prosił Sawkę na miarkę. Ale on odmówił, bał się o konie swoje i zaraz wrócił do nich.
Nieraz się jeszcze obejrzał za piękną Naścią, poskrobał w głowę, myśląc o Ekonomie, nim przybył na dolinę. Na dolinie ogień wygasł, że ledwie kilka węgli zostało. Rozdmuchał go parobek niespokojny, bo koni nie widać było i myślał że je najrzy jak ognia rozpali. Ale próżno dmuchał i dokładał, oświéciła się cała dolina, koni nie widać, niéma —
Nie żarty — Sawka w gąszcz, po śladach, przez łomy — I tam ślady i tu ślady, nie wiedzieć gdzie iść, świéżo nałamane gałęzie, udeptana ziemia i pęta porwane leżą na murawie —