Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Latarnia czarnoxięzka Tom II.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Sawka wybiegł na drogę.
Xiężyc świécił nad ługami, na których biała para się unosiła — Między ługiem a dąbrową szła drożyna górą; na drożynie postrzegł Sawka, dwa cienie migające i zbliżające się ku niemu. Jeden biały, czarny drugi — Szybko leciała dziewczyna, szybko ją gonił mężczyzna. I poznał Sawka, że to nie był parobek, bo się za nim jak jaskółce ogon, dwie cienkie poły sukni zwijały, i czarnemi, cienkiemi nogami dybał jak żuraw. A dziewczyna w białéj chustce na głowie, z rozpuszczonym na wiatr fartuchem, podniesionemi rękoma, biegła, biegła — I coraz bliżéj był mężczyzna, coraz okropniéj krzyczała kobiéta. Sawka stał w krzaku ukryty; a serce mu biło, silniéj niż na piosenkę i ściskał kij w ręku, że go mało nie zgruchotał. —
Prawie przed samym już Sawką, dognał mężczyzna kobiétę, pochwycił za fartuch silnie i zatrzymał wołając.
— Taki bo nie ujdziesz — latawico!
A dziewczyna wyrywając się krzyczała i wołała to matki, któréj nie było, to ojca, to braci, jak szalona —