Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Capreä i Roma Tom II.djvu/094

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ten lud, który tak gorąco, tak łacno, tak żywo przyjął przyniesione mu światło nowéj wiary, musiał miéć w sobie jakieś zarody dobra, musiał czuć znękanie teraźniejszością i uznawać, że to co było, trwać nie mogło.
Już naówczas nie w jednym z domów Suburry, miasta żydowskiego, a nawet Awentyńskiéj góry, zbierali się potajemnie zwolennicy nowego wyznania na modlitwę cichą i rozszerzanie wiary, która ledwie wszczepiona, niesłychane czyniła postępy.
Przemawiała ona szczególniéj do tych uciśnionych i biédnych, którym Chrystus przesłał od krzyża piérwsze swe błogosławieństwa; od nich dopiéro uczyli się jéj panowie, i ci, co już przetrawiwszy wszelką filozofiję i mądrość, w żadną nie wierzyli na świecie; dla których potrzeba było w godzinach odetchnienia poezyj najmiléj głaszczących ucho, w godzinach próżnowania sofizmatów najsubtelniejszych dla zabawki — z ust prostych ludzi, razowym chlebem suchéj prawdy karmili się zgłodniali.