Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Capreä i Roma Tom I.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


drogi nawet sznurami lamp rysowały się po dolinach i wyniosłościach.
Hypathos nie przybywał.
Noc nadeszła czarna i próżno go oczekiwano.
Już myślano, że go Cezar wstrzymać lub zamknąć rozkazał, i Helios chodził z załamanemi rękami, zbierając się powrócić do willi, aby zasięgnąć o nim wieści, z obawą, by ofiara tego dnia spełnioną nie została — gdy chód lekki dał się słyszeć i lice Racheli zarumieniło się jak jabłko granatu na widok chłopięcia, jéj wzroku naprzód szukającego w ciemnościach....
Przybiegł, jakby na przekor ich obawie, z weselszą twarzą niż kiedy, z jaśniejszém okiem i usty.
Starzec wprzód jeszcze nakazał, aby mu o niebezpieczeństwie nie wspomniano, nie chcąc go straszyć daremnie, i sam piérwszy zbliżył się ku niemu z ojcowską czułością. Hypathos ucałował kraj jego szaty, rozweselony i wdzięczny.
— Bóg Abrahamów niech będzie z tobą! — rzekł stary — zkąd przychodzisz? dla czegoś się spóźnił? Co Cezar robi?
— Pisze swe wiersze greckie — odparł wesoło Hypathos — odprawił mnie na dziś, włożywszy ten wieniec z koszyska (werbeny) na głowę... i pozwolił swobody... Twarz jego dziś rozweselona i jasna.... Priscus nagotował mu w willi Julii biesiadę, do któréj nikogo nie przypuszczano, prócz tych,