Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Cóż biedota ma robić? Kaptur mu zaciężył — ojcowizny tylko pragnie... więcej nic...
— Króla pana naszego obraziwszy tak srogo! i tyle krwi wylawszy! — krzyknął wojewoda.
Buśko wydął tłuste policzki i pogłaskał się po głowie łysej...
— Jużci mu coś dać trzeba — szepnął.
— I nic nie dawszy go weźmiemy — przerwał Bartek.
— Pewnie... za rok, za dwa — rozśmiał się trefniś — i nabije wam jeszcze ludzi.
Sędziwój, który po stracie Frydrusza nie mógł się uspokoić, westchnął.
— Ja go znam — począł Buśko powoli, dobrem słowem wiele z nim zrobić można...
Poślijcie doń kogo...
Strząsnął głową wojewoda.
— Próżno kłamać — rzekł — on ciebie posłał do mnie — więcej posłów nie potrzeba... Powiedz mu, żeby mi się poddał... a może u króla przebaczenie otrzymać — i — jeśli nie swoje księstwo, bobyśmy, gdyby siedział na niem, nigdy spokoju nie mieli, to okup zań...
Ze spuszczoną głową słuchał zakłopotany poseł.
— Poślijcie kogo — powtórzył.
— Aby uwięził lub na męki dał jak tego nieszczęśliwego Hankę... Nie! — ja nie poślę nikogo...
— To będzie się tak ciągnąć długo — odparł