Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nowy ten cios Sędziwoja, który nadbiegł zaraz, wprawił w rozpacz prawie, krzyknął ażeby wszelkiemi siłami zamku dobywać. Rzucili się rozwściekleni Sieradzanie — osłaniając tarczami sypali pod mury usiłując wdrapać na nie — lecz załoga powodzeniem rozzuchwalona broniła się mężnie i zwycięzko. Pociski z murów obalały ludzi stosami, kaleczyły i zabijały...
Po kilkakroć powracały coraz nowemi posiłkami dopełniające się oddziały i musiały pobite się cofać.
Biały szalał z radości... Własnemi rękami spychał kamienie, naciągał kusze, rzucał bełty.. nie dał się oderwać na chwilę.
Kilka strzał odbiło się o jego zbroję, kilka utkwiło w sukniach, drasnęła go któraś, i na krew spojrzał z dumą i uśmiechem.
Spostrzegłszy biegającego na koniu i kierującego szturmem Bartka z Więcburka, książę nie mógł się powstrzymać, aby pochyliwszy się ku niemu, nie cisnął nań obelgą i klątwą.
Bartko podniósł głowę i rękę mieczem zbrojną.
— Miałem cię już raz — zawołał — wyśliznąłeś mi się jako tchórz, i ratowałeś ucieczką, lecz drugi raz... nie ujdziesz mi, wywłoko!...
Książę zatrząsł się z gniewu i obie pięści podniósł... pieniąc się ze złości. Przypomniała mu się bitwa pod Gniewkowem — a gorzej jeszcze raniło go wspomnienie mniszego kaptura.