Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ranne brzaski zapowiadały dzień chmurny, lecz wiosna ma słoneczną siłę, która roztapia chmury i rozpędza słoty...
Z oparów poranku zaczęło się wybijać słońce, gdy tentent i wrzawa nadciągające pułki Sędziwoja oznajmiły.
Biały z założonemi na piersiach rękami stał i patrzał z baszty wierzchołka... Cóż znaczyła garść jego ludzi przeciwko temu tłumowi dobrze zbrojnemu, wypoczętemu, nieznużonemu walkę żadną.
Wielkopolanie i Sieradzanie szli śpiewając i chorągwiami powiewając — gromadami, które natychmiast zamek opasywać poczęły.
Można już było rozpoznać dowódzców... Książę widział poważną postać Sędziwoja, wyrywającego się naprzód ogniście Bartka z Więcburga, a naostatek poznał Kaźka Szczecińskiego, panię dumne, śmiałe, ulubieńca wszystkich, co mu służyli — sławnego ze swej szczodroty, bo do ostatniego kubka rozdawał co miał przyjaciołom, tak, że sam czasem niedostatek by był cierpiał, gdyby go królowa nie wspomagała...
Kaźko ten mężny, ochotny do każdej wyprawy, wybrał się na tę, jak na łowy... Widać go było na koniu podbiegającego pod mury, wskazującego je ludziom i czynnego jakby mu o własną sprawę chodziło.
Białemu żółć serce zalała na widok człowieka,