Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


haniebnie u Gniewkowa. — Sędziwój weźmie go znowu, bo ma jak w garści w Złotoryi.
Ja sam — dodał Dersław — patrzałem nań i rachowałem na niego, — miałem powinowatego u jego boku, co każdy krok śledził — i powiadam wam, że tam z tej krwi Piastowskiej, ino woda została...
Niema się co na niego patrzeć, nie godzi mu się pomagać...
Słaby jest a okrutny, gwałtowny a nieporadny, i mieni się jako księżyc — który raz wraz chudnie i rośnie...
Nam innego pana potrzeba.
— Zkądże go wziąć? — rzekł Sędzia — slązcy piastowie, niemcy czyste...
— Mazurów mamy — rzekł Dersław. — Ziemowita ciągnąć musiemy. Mówią, że się opiera, bo się Ludwika lęka, a no — z czasem może nie stać go, nawróci się Ziemowit...
Gdy Dersław mówić przestał, żaden głos nie dał się słyszeć ani za Białym, ani przeciwko Ziemowitowi...
Naradzano się raczej jak go sobie pozyskać, bo wiadomo było, że go już napróżno kuszono...
Bartosz z Odolanowa, na którego się oglądało wielu, słuchał, spozierał w koło, lecz choć go się wyzywać zdawano, nie chciał głośno przemówić.
Siedząc tylko na ławie, a rękami szeroko na stole się rozparłszy — rzekł najbliższym.