Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/073

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


usiłowanie to było próżne. Przytłumiony nieco z jednej strony pożar, wzmagał się gdzieindziej...
Czas jakiś trwał ogień, a z zamku znaku życia nie dawano... Niecierpliwił się książę, Ulryk dziwił, sasi podbiegali pod wrota, które płomienie obejmowały.
Na ostatek krzyk i trąbienie dało się słyszeć z nad brony, i Biały poskoczył ku temu miejscu, zkąd one wychodziły. Z za dymu ukazała się postać starego Gerarda, który zieloną gałęź trzymał w ręku...
Dla trzasku palących się bierwion i szumu płomieni nie można było usłyszeć co mówiono. Biały, któremu szło o ocalenie gniazda, rozkazał mieszczanom gasić ogień.
Dał znak aby wrota otwarto... ażeby ludzie w niewolę się poddali.
Stary dowódzca gdyby był sam nie uległby pewnie do ostatka i dałby się był zżedz z zamkiem razem, lecz synowie na klęczkach go błagali aby życie swe ocalił, a brat niemal zmusił do wywieszenia zielonej gałęzi.
W chwili gdy już zdobycia był pewien, chmurny i gniewny książę całe swe zuchwalstwo i pewność siebie odzyskał... U wrót postawiono w dwa szeregi sasów i ciurów...
Podniosła się brona, odwaliły płonące wrota i stary Gerard w całej zbroi wystąpił wiedziony przez dwóch synów...