Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/041

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Sumak i przybyły z nową baryłką Trzysz, potakiwali mu w najlepsze.
— Co tu się bać? Kogo! Tego wywłoki, który ani pieniędzy, ani wojska niema...
Starosta się odgrażał.
— Jabym chciał, żeby on się na Złotoryę porwał; dałbym co za to... bobym go zbił, albo może i pochwycił.
Mówią na mnie żem stary, niedołęga i — piję. A pewnie że piję, gdy jest co pić, bo mnie to życie daje...
Słuchaj Sumak — dodał — ty, choć prosty rybak, ale człek dobry i na winie się znasz... Ja prze twoje piję...
Pił potem prze zdrowie Trzysza, a później i Krzyżaków, co mieli rozum i takie wino sprowadzali.
Śmieli się i podśpiewywali. Sumak i Trzysz patrzyli tylko rychło go upoją. Byłci dobrze oszołomiony, lecz jeszcze zmysłów nie stracił...
Nalewano więc dalej a zachęcano, aby w baryłkach nic nie zostało.
Czeladź i starszyzna już w znacznej części była snem zmorzona i legła gdzie kto mógł, na ławach, na stołach, w przedsieniach i w podwórzu pod ścianami. Na zamku coraz się robiło ciszej, noc już była późna, a starosta jeszcze opowiadał swym towarzyszom dzieje dawne, szczególniej wypadki w których on wszystkich po-