Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/027

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Przetarł oczy, stał przed nim Lasota.
— A ty tu co robisz? — zawołał porywając się Nałęcz.
— Przybyłem was o gospodę na jaki czas prosić — odezwał się Nałęcz.
— Książę cię odprawił?
— Nie... ale nam uszedł do swych przyjaciół do Drzdenka, a zamki królowi poddać kazał, choć na rok żywności miały, i bardzo się w nich mógł jeszcze bronić, gdyby chciał i umiał.
Uderzył w szerokie dłonie Dersław.
— Otóż masz, Piastowska krew, i nadzieje nasze na nich! — krzyknął, rozgniewany i oburzony...
Trwało to chwilę, uspokoił się natychmiast Nałęcz.
— Ha! — rzekł — indziej sobie i kogo innego szukać będziemy musieli.
Jeżeli Sędziwój sądzi, że tem już skończy wszystko — to się myli... Jeszcześmy nie dali za wygraną.
To mówiąc wychylił się, do drugiej izby przeszedłszy, przez otwarte okno, pięść złożył i zatrąbił w nią znanym sposobem.
W czwał nadleciał chłopak.
— Niech mi wnet siwego kulbaczą — krzyknął — a żywo.
— A no, wieczór nadchodzi — odezwał się Lasota.