Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/021

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wszelkiego nieszczęścia jakie na siebie ściągnąć możecie...
Książę poruszył się i przerwał.
— Za dobrą wolę, dziękuję — rzekł — ale nie widzi mi się, aby mi wielkie niebezpieczeństwo groziło. Mam przyjaciół, do stracenia nie wiele, do zyskania — kto wie, ile... Wy też potrzebujecie pokoju...
Sędziwoj[1] wpatrzył się w niego.
— Jeżeli książę łudzić się będziesz tem, iż orężem coś na królu wymożesz — niestety — źle się to skończy.
Siły moje są aż nadto wystarczające na opanowanie zamków waszych, tak jak wzięliśmy Włocławek.
Ubiedz je niespodzianie łatwo było, nikt nie przeczuwał naówczas żadnej napaści, utrzymać się książę nie będziesz mógł.
Przymuszony uśmiech przebiegł po ustach Białego.
— Król Ludwik jest tak na miłość waszą zagniewany, iż w listach swych rozkazuje mi postępować bez miłosierdzia, bez żadnego względu.
Ani za życie wasze ręczyć nie mogę...
Pobladł słysząc to książę.
— Nawet w najgorszym razie — rzekł — królowa mnie obroni.

— Nie wiem — odparł Sędziwoj[2] — ale za to ręczyć mogę, iż królowa srogi żal ma do miłości

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Sędziwój.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Sędziwój.