Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/012

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pływowych z ziem innych, wiele z sobą było w nieustannych zatargach. Zwaśnieni, bodaj na gościńcach się spotykając rwali do mieczów, a ktoby bezbronny lub bez ludzi ruszył z domu, życiem to mógł przypłacić.
Kilkunastu gości u Domarata znaczyło około seciny koni i czeladzi... Obozik więc zdala był jakby oddziału, co na wyprawę się sposobił.
Namioty szare porozbijano między dębami, niedaleko jeziorka, a że izb nie miał na przyjęcie kasztelan, na trawie i pod gołem niebem częstował po staroświecku.
Ludzie jego koły powbijawszy w ziemię, wrota na nich od szop i śpichrzów pokładli, za misy służyły deski i hładysze a prosta glina...
Piwo w beczkach na skrzyżowanych kijach, z kubkami drewnianemi i wiadrami, do orzeźwienia przygotowane było.
Kasztelanowie i wojewodowie nie potrzebowali jeszcze wykwintniejszej strawy ni napoju, przynajmniej w podróży i obozie. Obyczaj smacznego ucztowania, korzennych przypraw, umiejętnie zaprawnych winnych pigmentów i polewek, powoli od Krzyżaków wchodził, lecz brzydzili się nim ci, którzy w prostocie życia zabytek dawnego ojców obyczaju szanowali.
Sędziwój z Szubina w domu własnym przyjmując dygnitarzy i duchowieństwo, musiał na