Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


musiano go budzić. Kazał mu się zbliżyć do ust swych uchem.
— Jedź do Sędziwoja — rzekł — chcę mówić z nim — niech mi słowo da... i żeby o tem nie wiedział nikt...
Ptak mi zginął — to zły jest znak... Sen miałem niedobry... Odpocząć pragnę... Niech Sędziwój mi Gniewków wyrobi. Ja tymczasem pojadę do Drzdenka i posiedzę tam... Bodcza i Bodczanka zawsze mi radzi.
Wysłuchawszy polecenia stary, kazał sobie zgrzać piwa, różaniec na rękę wziął, i zabierał się wyjeżdżać, zawołano go do księcia.
— Wiesz co? — rzekł wstając z pościeli — możebyś nie jechał... Sam niewiem.
Gniewosz popatrzał nań zdumiony.
— Nie sądź bo — nagle zawołał Biały — że nie jestem pewny co czynić.. Owszem.. lecz...
Niedokończył.
— Bądź co bądź — dodał — wybrałeś się — jedź. Nie wiem, czy to na dobre wyjdzie, lecz namówiłeś mnie... Rób jak chcesz.
I legł na pościel znowu... Stary przyjaciel smutny i chmurny, siadł na konia.

KONIEC TOMU DRUGIEGO.