Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dziewczynie kubek przynieść kazała i podała go sama Buśkowi, który od dawna pożądliwemi oczyma do koła rzucał.
— A! królowo moja — westchnął — kubek przyjmując — musiało mu w Dyżonie być bardzo tęskno... kiedy takie wino dobre porzucił...
Ale — on go tam czasem do ust nie brał, tak był stęskniony... Bywało — siedzi w nocy, nie śpi, wzdycha, a gdy posłyszy, że czuwam, albo o was rozpowiadać, lub waszą jakąś pieśń nucić mi każe...
Fryda byłaby słuchała chętnie opowiadań pochlebcy, który skutek ich obrachowawszy, rad był ją karmić niemi, lecz z izby gościnnej dochodził ją głos Białego... Pospieszyła tam, pod pozorem przygotowań do zastawiania wieczerzy.
Rozmowa była bardziej jeszcze ożywiona, niż przedtem. Biały na jawie marzył i zapalał się swemi snami...
— W Gnieźnie — powiadał — mam moich przyjaciół, przekonałem się, że o mnie nie zapomnieli. Z jaką serdecznością witał mnie tam poczciwy Hanko, i jakiego mi pysznego darował sokoła.
To mówiąc, nagle zmarszczył się. O sokole zupełnie był zapomniał wśród wypadków żywo po sobie następujących. Sokół, którego nie widział — wprawił go w niepokój jakiś.
Wstał i postąpił ku drzwiom.
— Wybaczcie — rzekł — zapomniałem był