Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


On ją znajdował jak dawniej piękną i całując kraj jej szaty, powtarzał to... Fryda śmiała się rada.
— Twój pan, Buśku — zawołała — także zyskał na męzkiej urodzie, a urósł na takiego bohatera. Jak rycersko wygląda!
Ruszył ramionami służka, który znał dobrze swojego pana...
— Królówko moja — szepnął poufnie — nie ma się co go bać. Jemu takie bohaterstwo przychodzi i odchodzi łatwo, a że się nie odmienił wcale — ja za to ręczę...
— Przecież dokazaliście cudu! — zawołała Fryda.
— My? — szepnął Buśko — ani on, ani ja się do tego nie przyznamy... Samo się to zrobiło.
Fryda się zmarszczyła.
— Nie dobrze służysz swemu panu — rzekła — kiedy mu ujmujesz sławy!
— Ja? ja go kocham jak własną wątrobę! — zawołał Buśko — nikt go jak ja nie kocha, ale nikt lepiej go nie zna... Najwięcej się o niego boję, gdy mu najlepiej, bo tylko co nie widać, gdy on sam psuć zacznie.
Rozgniewała się piękna Bodczanka i nóżką tupnęła.
— Niegodziwy jesteś! — krzyknęła.
Buśko pocałował rąbek jej sukni.
— Królowo moja... wy mnie sądzicie surowo — odezwał się — ja to mówię, abyście wy