Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


losu swego, niestosowały się one wcale do obecnego położenia, którego królowa przewidywać nie mogła, ani pochwalić, ani uniewinnić...
Lecz Biały, dla dodania sobie męztwa, zmyślał przed sobą samym to, co pocieszać go mogło. Zapewnienie to o opiece królowej przyszło w porę i powitano je kubkami, które właśnie przyniesiono. Fryda drżącą ręką, z uśmiechem sama mu, najpiękniejszy złocisty becherek podała, a książę patrząc jej w oczy, wychylił go do kropli.
Bodcza, który na nogach z ciężkością się mógł długo utrzymać, do siedzenia zapraszał... Dobrogost już mu krzesło przysposabiał...
W tem książę zwrócił się ku drzwiom i pozostałemu przy nich Lasocie dał rozkaz, aby konie popasł i o wchodzącym z północy księżycu miał je do odjazdu gotowe...
Bawić nie mógł, jak powiadał.
Wszyscy się w niego z wielką wpatrywali ciekawością a najpilniej Fryda, która śledziła w twarzy, czy się jego uczucia i charakter nie zmienił.
Znajdowała go w istocie innym, starszym może, lecz takim, jakim wprzódy nie bywał nigdy, podniesionym na duchu, mężnym, ufającym sobie i szczęściu swojemu. Ten wyraz oblicza wkrótce usprawiedliwiły słowa, które w początku