Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/071

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Cóż miał na to odpowiedzieć, nie domyślał się podstępu i zdrady.
— Każ się stawić załodze całej, aby mi wierność ślubowała natychmiast — dodał książę.
Czasu nie mam do stracenia, bo na mnie już w Gniewkowie czekają.
Odwrócił się do Lasoty.
— Jedź na miasto do sołtysa i wójta, niech mi się mieszczanie zaraz tu stawią!
Nałęcz zawrócił konia i pobiegł. Gąska stał, nie wiedząc, co poczynać. Ludzie zamkowi nie wołani, na sam krzyk i wrzawę zbiegli się niemal wszyscy. Niektórzy z nich poznali dawniej widzianego księcia; innym też zmiana smakowała, bo w pierwszej chwili zawsze nowe panowanie ucztą się poczyna i piwem oblewa.
Głosy po podwórzu odzywały się radosne ku księciu. Opierać się nikt nie myślał. Biały więc śmiało z konia zsiadł, a zobaczywszy to pierwszy Buśko, który jazdy nie lubił także, z ptakiem swym z siodła się stoczył.
— Prowadźcie mnie do izb... gdzie one są! — zawołał książę do Gąski.
Ten jak stał na pół odziany, ruszył się posłuszny, i drzwi główne popchnął, torując drogę.
Biały dał znać swoim, aby u wrót pozostali, a sam z Gąską wszedł do środka.
Tymczasem Lasota wbiegłszy do miasteczka, równie zuchwale począł wołać wójta, ławników,