Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/069

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


królewskich... Ze Złotoryą ciężej będzie, bo na tej Romlik siedzi z ręki króla, a że mu się dobrze dzieje, gotów trudności robić... i opór stawić.
— Gniewoszu mój, przyjacielu stary — krzyknął książę, który nabierał odwagi coraz więcej, jedź, jedź przodem do Gniewkowa — ale ostrożnym bądź. Będziesz wiedział komu się zwierzyć... Zbierz mi ludzi co najwięcej... O Złotoryi naradzimy się w Gniewkowie. Jedź w imię Boże!
Starowina Gniewosz, w którego też duch wielki wstąpił, już dojeżdżając do miasteczka, zawrócił, cały przejęty posłannictwem swem, na prost do Gniewkowa.
Biały pozostał sam. Lasota poznać go nie mógł.
— Kupą teraz, a śmiało! — zawołał — wpadniemy na zamek.. — a tam! zuchwale a śmiało... nikt się przeciwko mnie porwać nie waży!
Naprzód!
W małem już oddaleniu od wrót byli — widzieli je od gościńca otwarte na oścież, brona była podniesiona... ludzi prawie nie widać. Czasu pokoju nie potrzebowano się zamykać po całych dniach i na noc tylko spuszczano bronę.
Kłusem wyciągniętym, książę przodem, za nim wszyscy jego towarzysze, czeladź, na końcu Buśko z sokołem trzepiącym mu się na ręku, popędzili na most. Zadudniało, wpadli już w dziedziniec, dopiero ludzi kilku bez zbroi, bosych,